czwartek, 14 maja
9 C
Warszawa

Polskie wyścigi konne. Próba diagnozy i propozycja systemowej naprawy

Polska debata o wyścigach konnych od lat toczy się w fałszywym paradygmacie. Mówi się o sporcie, tradycji, hodowli, czasem o kulturze, jakby to właśnie te kategorie tłumaczyły sens istnienia całego sektora. Tymczasem wyścigi konne na całym świecie nie są przede wszystkim sportem. Są gałęzią gospodarki, historycznie osadzoną w rynku zakładów wzajemnych, a dopiero wokół tego fundamentu budowane są kolejne warstwy: hodowla, własność koni, infrastruktura torów, media, sponsoring, a dziś także dane, transmisje i cyfrowe platformy inwestycyjne.

W Wielkiej Brytanii, Francji czy Japonii wyścigi nie utrzymują się dlatego, że ktoś uznał je za wartościową tradycję. Utrzymują się bo funkcjonują jako element dużego i sprawnego rynku totalizatora. To pieniądz z zakładów finansuje nagrody, zasila tory, stabilizuje hodowlę i daje podstawę ekonomiczną całemu systemowi. Sport jest tu produktem, ale produktem zanurzonym w finansowej logice rynku. Bez niej pozostaje widowiskiem bez paliwa.

W Polsce tę logikę odwrócono. Próbuje się utrzymywać wyścigi jako działalność quasi-sportową, niemal hobbystyczną, podczas gdy ich naturalny mechanizm ekonomiczny został od sektora oddzielony. Efekt jest paradoksalny. Są tory, są konie, są trenerzy, są właściciele, ale nie ma stabilnego strumienia kapitału, który w normalnie zbudowanym systemie spina całość. Zamiast rynku mamy redystrybucję. Zamiast własnej dynamiki wzrostu – zależność od decyzji administracyjnych, interesu korporacyjnego i zmiennej woli politycznej.

I tu dochodzimy do zasadniczego błędu konstrukcyjnego. Największym problemem polskich wyścigów nie jest wcale brak pieniędzy. Problem polega na tym, że obecny model nie potrafi tych pieniędzy wytwarzać. Sektor został uzależniony od decyzji podejmowanych poza nim: od polityki właścicielskiej państwa, od strategii spółki Skarbu Państwa działającej na rynku zakładów sportowych, od doraźnych uzgodnień i układów instytucjonalnych. Oznacza to, że polskie wyścigi nie funkcjonują jak rynek, lecz jak beneficjent transferu. A każdy beneficjent transferu prędzej czy później zaczyna być postrzegany jako koszt. W gospodarce zaś koszty się tnie, optymalizuje albo przesuwa na dalszy plan.

Dlatego właściwe pytanie nie brzmi: ile jeszcze pieniędzy należy do wyścigów dopłacić. Właściwe pytanie brzmi: jak zbudować taki model, w którym wyścigi same produkują kapitał, a nie czekają, aż ktoś go dla nich wydzieli.

W centrum tego systemu nie stoi ani trener, ani hodowca, ani organizator gonitwy. Kluczową figurą jest właściciel konia. To właściciel wnosi pieniądz do systemu, bierze na siebie ryzyko, finansuje trening, utrzymanie, transport, opłaty i cały koszt marzenia o sukcesie sportowym. W krajach, gdzie wyścigi są silnym sektorem gospodarczym, właścicieli są tysiące, czasem dziesiątki tysięcy. Dzięki temu ryzyko i koszt rozkładają się szeroko, a system zyskuje odporność. W Polsce właścicieli jest mało, ale to jeszcze nie jest największy problem. Największy polega na tym, że nie pojawia się nowa generacja właścicieli.

Powód jest prosty i nie ma nic wspólnego z mentalnością. Próg wejścia jest wysoki, ryzyko znaczące, a płynność inwestycji praktycznie żadna. Kto kupuje dziś konia wyścigowego w Polsce, zamraża kapitał w aktywie, które trudno sprzedać, trudno spieniężyć, trudno zdywersyfikować. Dla pasjonata to jeszcze bywa do uniesienia. Dla człowieka myślącego kategoriami ryzyka i alokacji kapitału – już nie. W świecie finansów taki model po prostu nie broni się sam.

Jeżeli więc chcemy wyciągnąć polskie wyścigi z wieloletniej stagnacji, trzeba odbudować rynek właścicielski. Nie przez apele, lecz przez zmianę logiki wejścia do tego świata. Na rozwiniętych rynkach coraz większą rolę odgrywają syndykaty właścicielskie. Zamiast jednego właściciela finansującego całego konia pojawia się kilkanaście, kilkadziesiąt, a czasem kilkaset osób posiadających udziały. Koszt uczestnictwa spada wtedy radykalnie, a wyścigi przestają być aktywnością dostępną wyłącznie dla najzamożniejszych. Jeszcze dalej poszły platformy cyfrowe, takie jak MyRacehorse, które zamieniły własność konia wyścigowego w produkt skalowalny, łatwy do komunikowania i atrakcyjny dla ludzi spoza tradycyjnego środowiska.

To nie jest ciekawostka technologiczna. To powinna być strukturalna zmiana rynku. Gdy liczba właścicieli rośnie z kilkuset do kilku czy kilkunastu tysięcy, wyścigi przestają być niszą zamkniętą w swoim własnym środowisku. Zaczynają funkcjonować jako rynek społeczno-finansowy, który ma bazę, zasięg, uwagę mediów i własny mechanizm reprodukcji.

Drugim wielkim nieporozumieniem polskiej debaty jest przekonanie, że tor wyścigowy musi utrzymywać się z samych gonitw. To myślenie archaiczne. Na świecie dawno zrozumiano, że tor nie jest fabryką gonitw, tylko sceną. Wyścigi są na tej scenie ważne, czasem najważniejsze, ale nie jedyne. Koncerty, kongresy, targi, wydarzenia kulinarne, imprezy miejskie, aktywności rekreacyjne i biznesowe – to wszystko może, a nawet powinno, współistnieć w tej samej przestrzeni. Wystarczy spojrzeć na Ascot czy Longchamp, by zobaczyć, że nowoczesny tor żyje przez znacznie większą część roku niż tylko w dni wyścigowe.

Służewiec ma do tego warunki niemal idealne. Problem nie leży w braku potencjału, lecz w wieloletnim sposobie myślenia o tym miejscu. Przez lata traktowano je przede wszystkim jako obiekt wyścigowy, a nie jako portfel zasobów: przestrzeń eventową, rekreacyjną, gastronomiczną, biznesową i symboliczną. Oczywiście taka zmiana nie może oznaczać wypychania wyścigów z własnego domu. Wręcz przeciwnie. Sens polega na tym, by przychody z innych aktywności wzmacniały ekonomię wyścigów, a nie tworzyły dla nich konkurencję. Warunkiem powodzenia jest więc nie tylko otwarcie toru na całoroczną działalność, ale także przedstawienie rozsądnej i akceptowalnej oferty tym, którzy już dziś tę przestrzeń współtworzą: trenerom, właścicielom, użytkownikom stajni i zaplecza treningowego.

Nie da się też mówić o nowoczesnych wyścigach bez rozmowy o danych. W XXI wieku wyścigi coraz mniej przypominają wyłącznie sport czy widowisko, a coraz bardziej branżę technologiczno-medialną. Zakłady, transmisje, analityka, statystyki, streaming, profile koni, historia startów, forma trenerów i jeźdźców – to wszystko staje się częścią produktu. W Polsce ta warstwa jest nadal słaba, rozproszona i źle opakowana. Tymczasem dane o koniach, wynikach, zdrowiu, treningu czy pochodzeniu mogą stać się podstawą nowych usług: rankingów, analiz dla graczy, narzędzi dla hodowców, systemów monitorowania dobrostanu, a z czasem także cyfrowych modeli budowania wartości wokół konia i stajni. W gospodarce cyfrowej dane nie są dodatkiem. Są aktywem. A aktywa można monetyzować.

Ale nawet najlepsza technologia nie naprawi sektora, jeśli nie zostanie uporządkowany układ instytucjonalny. Gdy w Polsce pada pytanie, kto właściwie odpowiada za przyszłość wyścigów, odpowiedzi zwykle są rozproszone i wzajemnie sprzeczne. Jedni wskazują regulatora, inni operatora toru, jeszcze inni środowisko właścicieli albo trenerów. Prawda jest mniej wygodna: system został skonstruowany tak, że formalne kompetencje i realna siła sprawcza nie znajdują się w tych samych miejscach.

Pierwszym i najważniejszym elementem tej układanki jest państwo jako właściciel operatora rynku gier i zakładów. W praktyce oznacza to rolę Ministerstwa Aktywów Państwowych jako podmiotu sprawującego nadzór właścicielski nad Totalizatorem Sportowym. I tu trzeba powiedzieć rzecz oczywistą, choć często pomijaną. Totalizator Sportowy nie został powołany po to, by ratować wyścigi konne. Jest spółką prawa handlowego działającą na rynku gier. Czy ktoś nazwie ten rynek „grami na pieniądze”, „rozrywką liczbową”, czy po prostu hazardem, jego ekonomiczna natura pozostaje taka sama. Wyścigi są zaledwie jednym z produktów tego rynku, a w Polsce – produktem relatywnie małym.

W tej konfiguracji wsparcie dla wyścigów nie jest skutkiem automatycznego mechanizmu sektorowego, lecz efektem decyzji korporacyjnej. A decyzja korporacyjna może być dziś przychylna, jutro neutralna, a pojutrze całkowicie chłodna. To jest właśnie źródło strukturalnej niestabilności.

W tej samej układance istnieje jeszcze jeden element, zbyt rzadko obecny w poważnej debacie. Jest nim Traf Zakłady Wzajemne, spółka z grupy Totalizatora Sportowego, wyspecjalizowana w zakładach wzajemnych. To właśnie Traf organizuje zakłady na wyścigi konne w modelu klasycznego totalizatora. Z punktu widzenia ekonomii sektora jest to sprawa zasadnicza, bo historycznie to zakłady były i nadal pozostają podstawowym źródłem finansowania wyścigów. Tyle że skala tego rynku w Polsce jest niewielka, a zatem niewielka pozostaje także siła ekonomiczna, która mogłaby zasilać nagrody, przyciągać właścicieli i stabilizować środowisko.

Warto powiedzieć to bez owijania: bez silnego rynku zakładów wzajemnych, wyścigi konne nigdzie na świecie nie funkcjonują jako stabilny sektor gospodarczy. Wyjątek stanowią w zasadzie tylko państwa Zatoki, gdzie wyścigi bywają finansowane z prestiżu, państwowego mecenatu i pieniędzy oderwanych od klasycznej ekonomiki zakładów. To jednak nie jest model do skopiowania w Polsce. To model dworski, a nie rynkowy.

Osobne miejsce w tej konstrukcji zajmuje Polski Klub Wyścigów Konnych. PKWK reguluje, nadzoruje, prowadzi księgi, pilnuje zasad organizacji gonitw. Tylko że regulator nie zarządza ekonomią systemu. Nie kontroluje podstawowych strumieni finansowych, nie decyduje o logice rynku zakładów, nie ustala architektury przychodów. Innymi słowy: nadzoruje zasady gry, ale nie posiada narzędzi, by zbudować jej gospodarcze podstawy. To oznacza, że instytucja powołana do czuwania nad wyścigami nie ma realnej możliwości strategicznego wpływania na ich rozwój jako sektora.

Na tym tle szczególnie wyraźnie widać, że Polska wykształciła dwa odmienne modele funkcjonowania torów. Pierwszy to model korporacyjny, reprezentowany przez Służewiec. Tor funkcjonuje tu w strukturze powiązanej z operatorem rynku zakładów i pozostaje silnie uzależniony od decyzji strategicznych spółki państwowej oraz od polityki właścicielskiej państwa. Drugi to model samorządowy, reprezentowany przez Partynice. Tam właścicielem infrastruktury i organizatorem wyścigów jest miasto Wrocław, które traktuje obiekt jako część infrastruktury sportowej, rekreacyjnej i miejskiej kultury. Jednocześnie zakłady organizuje Traf, a więc współistnieją tu dwie logiki: samorządowa i zakładów.

Model wrocławski ma niewątpliwe zalety. Tor jest mocniej zanurzony w życiu miasta, przyciąga publiczność, buduje relację społeczną. Ma jednak również ograniczenia. Samorząd nie jest naturalnym operatorem rynku zakładów, a wyścigi konne pozostają działalnością wymagającą specjalistycznej wiedzy branżowej, ekonomicznej i regulacyjnej. Sopot z kolei pokazuje trzeci wariant rozwoju: obiekt historycznie związany z wyścigami, który z czasem przesunął się w stronę szerzej rozumianych sportów jeździeckich, rekreacji i wydarzeń plenerowych. To także ważna lekcja. Infrastruktura wyścigowa może zostać zagospodarowana na wiele sposobów. Nie każdy z nich prowadzi jednak do odbudowy samego rynku wyścigowego.

Szczególnego znaczenia nabiera tu wydarzenie z 2013 roku, czyli podpisanie aneksu do umowy między PKWK a Totalizatorem Sportowym dotyczący zasad funkcjonowania Służewca. To jeden z tych punktów zwrotnych, które rzadko przebijają się do publicznej świadomości, choć w praktyce zmieniają logikę całego systemu. Do tego momentu tor był myślany przede wszystkim jako miejsce organizacji gonitw. Po aneksie otworzyła się szersza możliwość gospodarowania przestrzenią, zapleczem i zasobami całego kompleksu. W języku gospodarczym oznaczało to przejście od postrzegania toru jako kosztownej infrastruktury sportowej do widzenia go jako portfela aktywów.

To rozróżnienie ma ogromne znaczenie. Jeśli tor jest aktywem, może zostać rozwinięty jako wielofunkcyjne centrum wydarzeń, którego różne źródła przychodów stabilizują ekonomię wyścigów. Ale może też zostać potraktowany przede wszystkim jako zasób nieruchomościowy czy inwestycyjny, dla którego funkcja wyścigowa staje się tylko jedną z wielu, i niekoniecznie najważniejszą. Aneks z 2013 roku nie przesądził, w którą stronę system pójdzie. On po prostu otworzył obie możliwości.

Najbardziej charakterystyczną cechą polskiego modelu pozostaje więc brak jednego centrum decyzyjnego, które łączyłoby władzę regulacyjną, finansową i strategiczną. Państwo kontroluje operatora zakładów. PKWK nadzoruje reguły. Samorząd prowadzi jeden z torów. Traf obsługuje zakłady. Środowisko próbuje między nimi funkcjonować. W efekcie powstał system rozproszony, w którym nikt nie dysponuje pełnym zestawem narzędzi potrzebnych do prowadzenia spójnej polityki rozwoju. I właśnie w tym rozproszeniu tkwi jedna z głównych przyczyn długotrwałej stagnacji.

Jeśli jednak szukać miejsca, w którym kryzys wyścigów zaczyna się najwcześniej, nie będzie to ani tor, ani regulator, ani nawet sam rynek zakładów. Kryzys zaczyna się w strukturze własności koni. Wyścigi są jednym z nielicznych sportów, w których podstawowym inwestorem nie jest klub, federacja czy sponsor, lecz osoba prywatna finansująca żywe aktywo o bardzo wysokim koszcie utrzymania. Jeśli liczba właścicieli spada, cały sektor zaczyna się zwijać. Nie ma w tym nic metaforycznego. To czysta arytmetyka.

Na problem niewielkiej liczby właścicieli nakłada się dodatkowo fakt, że polski rynek działa w ramach ustawy o wyścigach konnych skonstruowanej w zupełnie innych realiach gospodarczych. Przepisy te tworzą formalny porządek organizacji wyścigów, ale nie zostały zaprojektowane z myślą o odbudowie rynku właścicielskiego, rozwoju syndykatów czy cyfrowych form uczestnictwa. W efekcie malejący rynek działa w reżimie regulacyjnym, który nie pomaga mu się odbudować.

Do tego dochodzi jeszcze szerszy kontekst europejski. Zachodnia Europa produkuje więcej koni pełnej krwi angielskiej, niż jest w stanie wchłonąć najbardziej prestiżowa część jej własnego systemu wyścigowego. Najlepsze konie zostają w głównych ośrodkach, kolejne trafiają do drugiego obiegu, a reszta zasila rynki peryferyjne. Polska jest jednym z tych rynków. To oznacza, że za pieniądze polskich właścicieli często przeprowadza się próbę dzielności materiału hodowlanego, którego finalna wartość realizuje się poza Polską. Dla pojedynczego właściciela bywa to okazją do względnie taniego zakupu. Dla całego systemu oznacza jednak trwałe osłabienie krajowej hodowli i zamknięcie Polski w roli rynku zależnego.

Powstaje z tego klasyczna spirala regresu. Mniej właścicieli oznacza mniejszy popyt na konie. Mniejszy popyt oznacza słabszą hodowlę. Słabsza hodowla oznacza mniej koni w treningu. Mniej koni oznacza mniej gonitw i mniejszą atrakcyjność wyścigów. A to z kolei zniechęca kolejnych właścicieli. System traci zdolność reprodukcji. I to właśnie jest dziś najgroźniejsze – nie sam poziom kryzysu, lecz fakt, że rynek nie wytwarza nowych uczestników.

Dlatego naprawa nie może polegać na jednym geście, jednej dotacji ani jednej nowelizacji. Potrzebny jest program działań rozpisany na lata. Najpierw trzeba zatrzymać regres. To oznacza decyzję właścicielską na poziomie państwa, że wyścigi nie są historycznym dodatkiem do portfela gier, lecz osobnym produktem zakładów wzajemnych wymagającym własnej strategii, własnych wskaźników i własnej odpowiedzialności zarządczej. Bez takiej decyzji będą zawsze spychane do logiki kosztowej.

Równolegle operator zakładów musi zacząć traktować wyścigi jak produkt, a nie jak niszową ciekawostkę. Potrzebna jest oferta zbudowana na danych, analizach, transmisji, łatwości obstawiania i zrozumiałej prezentacji informacji. Współczesne wyścigi są grą informacyjną. Gracz musi wiedzieć, co obstawia. Jeśli tej wiedzy nie dostaje w prosty i atrakcyjny sposób, wybiera inny produkt.

Jednocześnie środowisko wyścigowe musi wreszcie porzucić złudzenie, że właściciel pojawia się sam. Nie pojawia się. Nowego właściciela trzeba stworzyć. Trzeba pokazać mu prostą ścieżkę wejścia: ile to kosztuje, jak działa współwłasność, jakie są prawa i obowiązki, jak wygląda komunikacja ze stajnią, jak prezentowane są wyniki i koszty. Wyścigi nie mogą być labiryntem środowiskowych zwyczajów. Muszą stać się produktem, który da się zrozumieć bez wieloletniego wtajemniczenia.

W drugim etapie trzeba odbudować rynek właścicielski. To oznacza rozwój syndykatów, wzory umów, standardy raportowania, prostą infrastrukturę cyfrową do zarządzania udziałami i jasne oddzielenie doświadczenia właścicielskiego od składania obietnic inwestycyjnych, które mogłyby wchodzić w konflikt z regulacjami rynku finansowego. Równolegle trzeba wreszcie odbudować relację między wyścigami a krajową hodowlą. Bez mechanizmów premiujących konie urodzone w Polsce – czy to przez bonusy, premie, czy odpowiednio skonstruowane programy gonitw – krajowa hodowla nadal będzie przegrywać z logiką peryferyjnego importu.

W dalszej perspektywie tory muszą wyjść z niszy. Wyścigi powinny stać się częścią szerszej gospodarki czasu wolnego, a nie tylko branżą walczącą o przetrwanie. Tu właśnie spotykają się doświadczenia Służewca i Partynic. Jeden model pokazuje siłę zasobu, drugi siłę osadzenia społecznego. Połączenie logiki biznesowej z logiką miejskiego wydarzenia mogłoby stworzyć nową formułę funkcjonowania polskich torów.

Ostatecznie jednak Polska nie powinna marzyć o prostym kopiowaniu Wielkiej Brytanii czy Francji. Te systemy powstawały przez dziesięciolecia, w innych warunkach, przy innej skali właścicieli, hodowli i rynku zakładów. Polska potrzebuje własnego modelu. Model, który zaczyna się od właściciela, odbudowuje krajową hodowlę, wykorzystuje potencjał infrastruktury i rozumie, że wyścigi są częścią gospodarki zakładów wzajemnych, ale również częścią nowoczesnej gospodarki doświadczeń, danych i czasu wolnego.

Jeżeli te elementy zaczną wreszcie działać razem, polskie wyścigi przestaną być peryferyjnym dodatkiem do cudzych systemów i przedmiotem wiecznego administrowania kryzysem. Mogą stać się sektorem, który sam produkuje wartość, przyciąga kapitał, rodzi nowych właścicieli i wzmacnia własną hodowlę. Ale żeby tak się stało, trzeba porzucić myślenie życzeniowe. Wyścigi nie obronią się tradycją. Obronić może je tylko dobrze zbudowana ekonomia.

3 Komentarze

  1. Świetny tekst, chociaż z jedną tezą fundamentalnie się nie zgadzam.
    Jeśli wyścigi w naszym kraju mają ewoluować od redystrybucji w kierunku osadzenia w gospodarce rynkowej, to nie właściciel konia powinien stać w centrum systemu lecz kibic, gracz, miłośnik, pasjonat czy jakkolwiek inaczej go nazwiemy.
    Właściciel, owszem, jest istotny, ale nie najistotniejszy.
    Czy w wymienionych krajach obroty w totalizatorze są wysokie ze względu na dużą liczbę właścicieli czy jednak odwrotnie? Stawiam tezę, że stosunek liczby właścicieli do liczby wszystkich zainteresowanych wyścigami jest w Polsce dużo wyższy niż w Anglii czy Japonii.
    Transformacja nie dokona się z dnia na dzień, dlatego kluczowe jest pytanie: jak krok po kroku powinna wyglądać ta przemiana? Jak powinien wyglądać produkt, by budził zainteresowanie, jak wyglądać powinna oferta zakładów? Jak powinien wyglądać dostęp do informacji? Jak popularyzować wyścigi? I wreszcie: kto ma się tym wszystkim zająć przy takim rozproszeniu ośrodków decyzyjnych, w których wszyscy mają swoich przedstawicieli oprócz tych, na których wszystkim powinno najbardziej zależeć?

    • Zgadzam się, że bez odbiorcy – gracza, kibica, pasjonata – nie ma rynku. Natomiast z perspektywy konstrukcji systemu kluczowe jest pytanie o źródła podaży i popytu.
      Właściciel – także właściciel ułamkowy – nie jest alternatywą dla kibica, tylko najbardziej efektywnym mechanizmem jego budowy.
      Struktury ułamkowych współwłasności, szczególnie przy wysokim progu wejścia, w naturalny sposób generują zaangażowanie, powtarzalną konsumpcję produktu i organiczny zasięg. I to może zadziałać nie jak pojedyncze działanie marketingowe, tylko jak długotrwały mechanizm ekonomiczny.
      Dlatego nie widzę sprzeczności „właściciel vs. kibic”. Przeciwnie – skalowanie bazy właścicielskiej jest jednym z najprostszych sposobów budowy bazy odbiorców.
      Jednocześnie rozumiem wątpliwość dotyczącą kierunku zależności – czy to liczba właścicieli buduje obrót, czy wysoki obrót przyciąga właścicieli. W praktyce dobrze funkcjonujące rynki pokazują raczej sprzężenie zwrotne między tymi elementami, a nie prostą zależność w jedną stronę.
      To oczywiście, że nie rozwiązuję całego wskazanego problemu. Szczególnie w zakresie tego, jak taki model wdrożyć i kto miałby za niego odpowiadać przy obecnym rozproszeniu kompetencji.
      Natomiast właśnie dlatego punkt wyjścia powinien być systemowy. Bez zbudowania mechanizmu, który generuje realne zaangażowanie w szerszym kontekście, nawet najlepszy „produkt dla kibica” nie będzie miał trwałych podstaw.

  2. Nie było absolutnie moim celem deprecjonowanie roli właścicieli w systemie. Zgadzam się w stu procentach, że ich rola jest istotna, a kierunek na budowanie syndykatów właściwy.
    Chciałem tylko zwrócić uwagę na fakt, że silnikiem całej maszyny jest taki produkt, taki kształt gonitw, który będzie atrakcyjny z punktu widzenia masowego gracza. Podkreślam: masowego. Cała reszta to, nazwijmy je nieładnie, urządzenia peryferyjne. Bez nich pojazd nie pojedzie, ale bez dobrego silnika skazany jest na porażkę w konfrontacji z innymi, bardziej nowoczesnymi.
    Tymczasem różne gremia dyskutują o różnych kwestiach wyścigowych, ale nikt nie pochyla się nad jakością produktu. Nikogo wydaje się nie interesować, dlaczego liczba zainteresowanych kibiców z roku na rok spada i jak ten trend odwrócić.
    Hodowcy walczą o premie hodowlane i dofinansowanie z KOWR, właściciele o przestrzeń dla siebie na torze, wspólnie o zorganizowanie aukcji, trenerzy o podział nagród, dżokeje o zmniejszenie kar itp. Wszystko rzeczy istotne z ich punktu widzenia, ale nigdzie nie spotkałem się z poważną dyskusją na temat według mnie najistotniejszy: jak zrewolucjonizować wyścigi, by mieć szansę na to, o czym wszyscy marzą i głośno to artykułują, by w dającej się przewidzieć przyszłości wyścigi były finansowane z obrotów. Przynajmniej w znacznej części.
    Temat ten jest wstydliwie pomijany lub kwitowany uwagą, że TS źle wyścigi promuje. Jest w ogóle co promować? Promocja kiepskiej jakości towaru może tylko przynieść skutek odwrotny do zamierzonego, bo znaczne grono osób raz na zawsze zniechęci do zainteresowania tematem.
    Pański tekst odebrałem, jako po części wpisujący się w ogólny trend zwracania uwagi na rzeczy ważne z pominięciem tej najważniejszej.
    Proszę mi wybaczyć, bo z pewnością było to tylko moje subiektywne odczucie, a Pańskie zamiary były zupełnie inne.

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.

Grzegorz Szestowicki
Grzegorz Szestowicki
Pasjonat wyścigów konnych oraz systemów zarządzania i ekonomii sportu. Prywatnie przedsiębiorca związany z końmi i jeździectwem.

Więcej od tego autora

12 milionów złotych – jak pula nagród kształtuje cały ekosystem wyścigowy

Podniesienie puli nagród do poziomu 12 mln zł w sezonie wyścigowym 2026 roku nie jest ani zwykłym gestem wizerunkowym, ani tym bardziej korektą techniczną. Z punktu widzenia Totalizatora Sportowego jest to świadoma decyzja inwestycyjna, która po raz pierwszy od wielu lat dotyka fundamentu ekonomiki wyścigów, czyli sensu uczestnictwa w tym systemie dla jego kluczowych aktorów. W tym ruchu nie chodzi wyłącznie o większe pieniądze wypłacane za gonitwy. Chodzi o zmianę punktu ciężkości – z biernego utrzymania struktury wyścigów na próbę zbudowania trwałej wartości, która w dalszej kolejności może przełożyć się na większy obrót i lepszą monetyzację całego produktu.

Na topie w tym tygodniu

Dyskwalifikacja Power Bol...

W dniu 3 maja 2026 roku Komisja Techniczna na Torze Wyścigów Konnych Służewiec wydała orzeczenia o dyskwalifikacji koni Power Bolt oraz Bayesa z drugich miejsc zajętych odpowiednio w Nagrodzie Traf Warsaw Mile oraz Nagrodzie Europy. Podstawą dyskwalifikacji były pozytywne wyniki prób antydopingowych pobranych od obu koni po gonitwach rozegranych 24 sierpnia 2025 roku. W składzie Komisji Technicznej, która wydała powyższe orzeczenia, nie zasiadała Katarzyna Błesznowska-Korniłowicz.

Fakty zamiast pomówień – ...

W odpowiedzi na krytyczny wpis „Populizm, populizm…” Marka Szewczyka na blogu HipoLogika.pl Jarosław Zalewski, członek Rady Polskiego Klubu Wyścigów Konnych i pracownik toru na wrocławskich Partynicach, prostuje nieścisłości i nieprawdziwe informacje zawarte w tekście. W swoim komentarzu który publikujemy poniżej wyjaśnia fakty dotyczące inicjatywy w sprawie odwołania Prezesa PKWK oraz odnosi się zarzutów Marka Szewczyka.

Między manipulacją a leni...

W odpowiedzi na tekst Marka Szewczyka „Jeszcze o prezesie PKWK” z bloga HipoLogika.pl, Jarosław Zalewski ponownie zabiera głos w trwającej polemice. Członek Rady Polskiego Klubu Wyścigów Konnych odnosi się do argumentów przedstawionych w najnowszym wpisie i wskazuje kolejne nieścisłości i manipulacje. Tekst Marka Szewczyka dostępny jest tutaj: „Jeszcze o prezesie PKWK”. Poniżej komentarz Jarosława Zalewskiego.

Między frekwencją a narra...

Otwarcie sezonu wyścigowego na Torze Służewiec zawsze niesie ze sobą określony ładunek symboliczny. To moment, w którym kończy się zimowe zawieszenie, a zaczyna opowieść – o koniach, ludziach, ambicjach i nadziejach. Tegoroczna inauguracja, według komunikatu organizatora, zgromadziła niemal 13 tysięcy widzów. Liczba imponująca – zwłaszcza jak na inaugurację sezonu – i, jak podkreślono, rekordowa. Pojawia się jednak pytanie, na ile za tą frekwencją idzie spójna, długofalowa narracja wokół samego sportu, jakim – poza warstwą selekcji hodowlanej – są wyścigi konne.

Co kryje się za 50-procen...

Polskie władze zdecydowały się znacząco zwiększyć pule nagród w gonitwach rozgrywanych w Warszawie (+50%). Ten impuls wpisuje się w strategię otwarcia na arenę międzynarodową, w której Francja odgrywa istotną rolę.

Tematy

Dyskwalifikacja Power Bol...

W dniu 3 maja 2026 roku Komisja Techniczna na Torze Wyścigów Konnych Służewiec wydała orzeczenia o dyskwalifikacji koni Power Bolt oraz Bayesa z drugich miejsc zajętych odpowiednio w Nagrodzie Traf Warsaw Mile oraz Nagrodzie Europy. Podstawą dyskwalifikacji były pozytywne wyniki prób antydopingowych pobranych od obu koni po gonitwach rozegranych 24 sierpnia 2025 roku. W składzie Komisji Technicznej, która wydała powyższe orzeczenia, nie zasiadała Katarzyna Błesznowska-Korniłowicz.

Między frekwencją a narra...

Otwarcie sezonu wyścigowego na Torze Służewiec zawsze niesie ze sobą określony ładunek symboliczny. To moment, w którym kończy się zimowe zawieszenie, a zaczyna opowieść – o koniach, ludziach, ambicjach i nadziejach. Tegoroczna inauguracja, według komunikatu organizatora, zgromadziła niemal 13 tysięcy widzów. Liczba imponująca – zwłaszcza jak na inaugurację sezonu – i, jak podkreślono, rekordowa. Pojawia się jednak pytanie, na ile za tą frekwencją idzie spójna, długofalowa narracja wokół samego sportu, jakim – poza warstwą selekcji hodowlanej – są wyścigi konne.

Między manipulacją a leni...

W odpowiedzi na tekst Marka Szewczyka „Jeszcze o prezesie PKWK” z bloga HipoLogika.pl, Jarosław Zalewski ponownie zabiera głos w trwającej polemice. Członek Rady Polskiego Klubu Wyścigów Konnych odnosi się do argumentów przedstawionych w najnowszym wpisie i wskazuje kolejne nieścisłości i manipulacje. Tekst Marka Szewczyka dostępny jest tutaj: „Jeszcze o prezesie PKWK”. Poniżej komentarz Jarosława Zalewskiego.

Fakty zamiast pomówień – ...

W odpowiedzi na krytyczny wpis „Populizm, populizm…” Marka Szewczyka na blogu HipoLogika.pl Jarosław Zalewski, członek Rady Polskiego Klubu Wyścigów Konnych i pracownik toru na wrocławskich Partynicach, prostuje nieścisłości i nieprawdziwe informacje zawarte w tekście. W swoim komentarzu który publikujemy poniżej wyjaśnia fakty dotyczące inicjatywy w sprawie odwołania Prezesa PKWK oraz odnosi się zarzutów Marka Szewczyka.

Co kryje się za 50-procen...

Polskie władze zdecydowały się znacząco zwiększyć pule nagród w gonitwach rozgrywanych w Warszawie (+50%). Ten impuls wpisuje się w strategię otwarcia na arenę międzynarodową, w której Francja odgrywa istotną rolę.

Wywiad specjalny z Pawłem...

Przed rozpoczynającym się już wkrótce sezonem 2026 publikujemy ekskluzywny wywiad przeprowadzony przez redaktora naczelnego „Konia Polskiego" – Pawła Gocłowskiego – z prezesem Polskiego Klubu Wyścigów Konnych Pawłem Gocłowskim oraz prezesem Polskiego Związku Hodowców Koni Pełnej Krwi Angielskiej Pawłem Gocłowskim. Rozmowa dotyczy aktualnej sytuacji Klubu, kondycji hodowli oraz perspektyw rozwoju wyścigów konnych w Polsce w nadchodzącym sezonie.

12 milionów złotych – jak...

Podniesienie puli nagród do poziomu 12 mln zł w sezonie wyścigowym 2026 roku nie jest ani zwykłym gestem wizerunkowym, ani tym bardziej korektą techniczną. Z punktu widzenia Totalizatora Sportowego jest to świadoma decyzja inwestycyjna, która po raz pierwszy od wielu lat dotyka fundamentu ekonomiki wyścigów, czyli sensu uczestnictwa w tym systemie dla jego kluczowych aktorów. W tym ruchu nie chodzi wyłącznie o większe pieniądze wypłacane za gonitwy. Chodzi o zmianę punktu ciężkości – z biernego utrzymania struktury wyścigów na próbę zbudowania trwałej wartości, która w dalszej kolejności może przełożyć się na większy obrót i lepszą monetyzację całego produktu.

Lepszy dojazd na Tor Służ...

Dobra wiadomość dla wszystkich kibiców wyścigów konnych – w sezonie 2026 dojazd na Tor Służewiec będzie jeszcze prostszy i bardziej dostępny. W każdy dzień wyścigowy uruchomiona zostanie bezpłatna linia autobusowa 300, która połączy stację Metro Wilanowska bezpośrednio z Torem. To rozwiązanie pozwoli kibicom wygodnie i bez dodatkowych kosztów dotrzeć na wyścigi – wystarczy wsiąść przy metrze i wysiąść tuż przy Torze.
spot_img

Powiązane artykuły

spot_imgspot_img