Szczęśliwy koń, szczęśliwi ludzie Polecany

Z Joanną Wyrzyk, pierwszą kobietą z tytułem dżokeja, która wygrała polskie Derby, rozmawia Jan Zabieglik.

Photos © Autorzy nieznani/Tor Służewiec Photos © Autorzy nieznani/Tor Służewiec Joanna Wyrzyk z ogierem Guitar Man (IRE) podczas dekoracji na padoku po wygraniu Westminster Derby 2021.

Czy przeszłaś już do porządku dziennego nad swym historycznym dokonaniem?

Minęło kilka dni, a ja ciągle jestem pod wrażeniem tego niespodziewanego, nie tylko dla mnie samej, wielkiego sukcesu. Jak wiadomo, powszechnie oczekiwano, że miał on nastąpić w ubiegłym roku, gdy dosiadałam faworytki – Royal Lady. Wtedy jednak nie byłby on tak spektakularny jak teraz, nie byłoby takiego medialnego rozgłosu.

Pozwól więc, że zanim porozmawiamy o istotnych szczegółach tegorocznego triumfu, zapytam o to, co było twoim zdaniem przyczyną ubiegłorocznej przegranej. Pamiętamy, że oprócz słów otuchy od przyjaciół, których, jak wiadomo, poznaje się w biedzie, nie brakowało głosów krytycznych, że gdyby na Royal Lady pojechał jednak Szczepan Mazur lub na przykład zagraniczny dżokej, to ta świetna klacz wygrałaby Derby.

Może by tak było, ale uważam, że krytyka była wobec mnie niesprawiedliwa, choć ja sama też miałam do siebie o tę przegraną pretensje i nie ukrywam, że będę o niej pamiętać do końca życia. Dużo mnie ona nauczyła. Bardzo chciałam przed rokiem wygrać, ale mi się po prostu nie udało. W sportowej walce ograł mnie na Night Thunderze kolega ze stajni, który, choć jest zatrudniony przez mego ojca, jak to my mówimy, „na pierwszą rękę”, nie postawił wówczas warunku, że musi dosiadać najlepszego konia, a takim wydawała się Royal Lady. Na mój dosiad w Derby zgodził się także właściciel klaczy, pan Sławomir Pegza, który był bardzo zadowolony z moich wcześniejszych jazd nie tylko na Royal Lady.

Jednak, jak głosi stare przysłowie, mądry Polak po szkodzie. Nikt przed Derby 2020 nie brał pod uwagę, że Royal Lady startowała wcześniej tylko w wyścigach dla klaczy. Wygrywała je z dużą łatwością, nietknięta batem. Tak naprawdę ścigała się sama ze sobą, ani razu nie doszło do walki. W Derby jednak musiała walczyć z bardzo silnymi ogierami. Tylko z jednym minimalnie tę walkę przegrała, choć wykonałam trenerską dyspozycję i robiłam, co mogłam. Byłam wtedy załamana. Jednak już po kilku dniach się pozbierałam. Powiedziałam sobie, że nie będę się dalej zadręczać, bo nie tylko ja byłam winna – jeśli w ogóle można mówić o winie – tej porażki. Wiele faworyzowanych koni i wielu znakomitych dżokejów przegrywało Derby, dlaczego akurat mój przypadek miałby być wyjątkowy?

Jednak było mi przykro, gdy zamiast mnie na Plontierze, na którym wygrałam Nagrodę Widzowa, w biegu o Nagrodę Kozienic, na życzenie właściciela, pojechał Martin Srnec. Do końca nie byłam pewna, czy pojadę na Royal Lady w Oaks. Ale pojechałam! I tak jak wcześniej w wyścigu tylko dla klaczy Royal Lady odniosła łatwe zwycięstwo.

Muszę przyznać, że twoje wyjaśnienia dotyczące ubiegłorocznej porażki są bardzo przekonujące. Szkoda, że nie dano ci wówczas szansy publicznego ich przedstawienia. Ale, jak to mówią, co cię nie zabije, to cię wzmocni. Rok temu, choć postawienie kropki nad „i” potrwało kilka tygodni, w końcu wygrałaś setną gonitwę na klaczy arabskiej Samanta i jako czternasta kobieta w historii wyścigów w Polsce zdobyłaś tytuł dżokeja. (*) Dosiadane przez ciebie konie wygrały najwyższą w twej siedmioletniej karierze sumę nagród – 445 430 zł. To był dla ciebie ostatecznie dobry rok. A obecny, jak się okazało w minioną niedzielę, już możesz uznać za nadzwyczajny, bo spełniłaś swoje największe marzenie: wygrałaś Derby! I to na koniu liczonym w totalizatorze w czwartej kolejności (10:1), dosyć daleko za faworytami. Pomówmy teraz o okolicznościach tego triumfu.

Po pierwsze, czy przed Derby podczas codziennych galopów po leśnych duktach w Podbieli miałaś okazję choć trochę poznać Guitar Mana?

Nie. Jak wiadomo, w trzech wyścigach na Służewcu (pierwszy, grupowy, wygrał, następnie był dwukrotnie trzeci w Rulera oraz Iwna), ten zakupiony przez mojego tatę irlandzki ogier po dwuletniej karierze (wystartował tylko raz i był szósty), syn słynnego Galileo, był dosiadany przez Szczepana. Do niego więc należał wybór, czy pojedzie również na nim w Derby, czy na siwym Adahlenie, który pokazał ładne przyspieszenie w końcówce Memoriału Jerzego Jednaszewskiego. Szczepan wybrał siwka. Ja, nawet gdy tata podjął decyzję, że pojadę na Guitar Manie w Derby, nie dosiadałam go podczas porannych galopów. Pierwszy raz pojechałam na nim od razu w wyścigu.

Z jakimi nadziejami?

Prawdę mówiąc, nie zastanawiałam się nad tym. Wiedziałam jednak, że to mocny koń, któremu może brakuje trochę szybkości. Przegrywał bowiem dosyć wyraźnie zarówno w Rulera, jak i w Iwna, bo te wyścigi rozgrywane były „na końcówkę” (odpowiednio 30,4 i 30,8).

Jaką dyspozycję dostałaś od ojca?

Że mam jechać z przodu, „przytulona” do kanatu. Początkowo tata planował, że wyścig będzie prowadziła Diamond Kitty, ale potem zmienił zdanie, zwłaszcza że po sobotniej ulewie tor nie zdążył wyschnąć. Był elastyczny w skali 3,5, ale już po pierwszej niedzielnej gonitwie znów zaczęło mocno padać. Deszcz ustał przed Derby, jednak bieżnia była już wtedy mocno elastyczna. Wiadomo było, że ten wyścig nie będzie rozgrany na końcówkę, co powinno sprzyjać Guitar Manowi i tak też się stało. Tata intuicyjnie przewidział, że dżokeje ostatni zakręt będą pokonywać szerokim kołem, jak najdalej od kanatu, żeby finiszować polem, gdzie nie było tak grząsko, jak przy wewnętrznej barierze. I to paradoksalnie było kluczem do naszego wspólnego sukcesu. Ja postawiłam tylko kropkę nad „i”. Najbardziej liczyła się, mogę to śmiało powiedzieć, genialna koncepcja taktyczna taty i wytrzymałość syna Galileo. Po wyjściu na prostą okazało się, że jestem sama jedna z przodu z przewagą kilku długości. Nie oglądając się za siebie, wysyłałam konia z całych sił. Jednak w połowie ostatniej prostej zauważyłam, że zbliża się do mnie niemiecka Nania dosiadana przez czeskiego dżokeja, Jana Vernera.

derby 2021 finisz

I co wtedy poczułaś. Lęk, że oto upragnione zwycięstwo wymyka się z rąk?

Na szczęście nie wpadłam w panikę, gdy Nania zaatakowała Guitar Mana i wyprzedziła go o szyję. Odłożyłam bat i wysyłałam konia do przodu, jak chyba nigdy wcześniej. Jak się okazało, pościg Nanii, podczas którego odrobiła ok. 5 długości, musiał ją kosztować dużo sił, bo dosłownie na ostatnich metrach, mimo gwałtownych ruchów rutynowanego dżokeja, niemiecka klacz nie była w stanie już nic więcej z siebie dać, a pchany przeze mnie Guitar Man powtórnie stanął do walki i wyprzedził ją o łeb w celowniku.

Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę, że ostatnie dwie ćwiartki tego wyczerpującego wyścigu najlepsze trzyletnie folbluty pokonały w arabskim tempie 34,3 – 34,7. Przy takiej rozgrywce dysponujący szybkością faworyci ponieśli druzgocącą klęskę. Trzeci na mecie Anator, dosiadany przez mistrza Lukaska, który wygrywał Derby na Służewcu już cztery razy, zanotował stratę 7 długości. Czwarty na mecie Adahlen przegrał z nim o 3,5 długości, wyprzedzając piątego – Gryfona o 1,25 długości. A potem była już przepaść. Szósty Falvio, jedyny koń polskiej hodowli w tej stawce, stracił do Gryfona aż 17 długości, a drugi obok Anatora faworyt – Young Thomas, był dopiero ósmy ze stratą ok. 35 długości do zwycięzcy.

Przyznam, że te szczegóły już mnie nie interesowały. Służewiecka tradycja głosi, że Derby wygrywa koń szczęśliwy, czyli taki, który ma swój dzień, któremu sprzyja stan toru i sposób rozgrywki w dystansie. Najważniejsze, że Guitar Man okazał się koniem również szczęśliwym, bo klasy po ojcu mu przecież nie brakowało. Do tego przyniósł szczęście nie tylko skromnej dziewczynie, jaką jestem z natury, ale przede wszystkim mojemu bardzo ambitnemu tacie, który jest także w siódmej części jego współwłaścicielem razem z Marcinem Białym, Patrykiem Gorczycą, Wiolettą Pawelus, Karoliną i Łukaszem Radwańskimi oraz Tomaszem Szumskim. Nie posiadali się oni z radości, bo wierzyli w konia i we mnie bardziej, niż ja sama. 

Bardzo wzruszony tata nie był w stanie wydusić z siebie słowa pochwały ani gratulacji, ale nosił mnie na rękach. Po raz ostatni robił to, gdy byłam mała, a potem przed dwoma laty, gdy po upadku z konia doznałam złamania w kostce i przez sześć tygodni miałam nogę w gipsie. Wnosił mnie wtedy do domu po schodach. Ja tym razem nie kryłam łez szczęścia. Poczułam wreszcie wielką ulgę, że udało mi się dokonać wyczynu, którego naprawdę się nie spodziewałam. Ale widocznie ten brak presji na wynik mi pomógł. Gdybym i tym razem przegrała, nikt by mi nie czynił wyrzutów i pewnie by mnie chwalono za odważną jazdę.

dekoracja derby 2021

Kto z najbliższej rodziny, oprócz ojca trenera, był świadkiem twego wyczynu bezpośrednio na torze?

Tylko brat Michał ze swoją partnerką i dwójką dzieci. Reszta rodziny, a więc mama Ela, rodzice ojca, czyli babcia Barbara i dziadek Mieczysław, druga babcia ze strony mamy (dziadek, niestety już nie żyje), obie siostry, najstarsza Monika (pełniąca w stajni rolę koniuszego) i najmłodsza, już 15-letnia Zośka, oraz mój chłopak Daniel ze swoimi rodzicami oglądali wyścig w telewizji.

Czy po powrocie czekał na ciebie jakiś „komitet powitalny”? Czy była uroczysta kolacja w rodzinnym domu i strzelały korki od szampanów?

Nie, bezpośrednio z wyścigów pojechałam do domu mojego chłopaka, który bardzo przeżył mój sukces. Świętowanie trwało krótko, bo przecież w poniedziałek rano musiałam być w stajni.

Czy teraz Guitar Man będzie już tobie przypisany? Czy pojedziesz na nim na przykład w St. Leger i Wielkiej Warszawskiej. Jeśli wygra te wyścigi, na pewno zostanie wybrany Koniem Roku, tata zdobędzie tytuł Trenera Roku, a ty – Dżokeja Roku.

Mam nadzieję, że otrzymam jeszcze co najmniej jedną szansę jazdy na koniu, na którym wygrałam Derby, ale nie znam planów mojego taty.

Jaki jest ojciec dla ciebie? Łagodny i wyrozumiały, czy też raczej bardzo wymagający? Czy masz jakieś przywileje w stajni z racji bycia córka trenera?

Częściej mnie za coś gani, niż chwali. Mam wrażenie, że wymaga ode mnie więcej niż od innych. Nie mam żadnych innych przywilejów poza tym, że dostawałam kilka dobrych koni do jazdy. Chronologicznie rzecz biorąc: Largo Forte, Salasamana, Plontiera, Royal Lady i Guitar Mana. W przypadku tego ostatniego tata bardzo zaryzykował. Byłam przecież jedyną kobietą w gronie 13 jeźdźców, z których 11 wygrywało duże wyścigi. Jednak mógł sobie na to pozwolić, bo w przypadku przegranej nikt nie miałby do niego pretensji. Guitara Mana nie wybrał przecież do jazdy w Derby Szczepan Mazur.

Czy oprócz chłopaka masz jakiejś przyjaciółki?

Największą moją przyjaciółką jest moja mama Ela. Martwi się o mnie, żeby nic złego mi się w wyścigach nie przydarzyło, ale jednocześnie mnie wspiera i akceptuje moją jeździecką pasję. Mogę z nią rozmawiać o najbardziej intymnych sprawach. Bardzo dobre stosunki utrzymuję także od wczesnego dzieciństwa z babcią Barbarą i dziadkiem Mieczysławem. Często ich odwiedzam w Falenicy. A gdy przed dwoma laty miałam nogę w gipsie, przez kilka tygodni mieszkałam u nich, bo chciałam się odizolować od stajennej rzeczywistości.

Czy jesteś już osobą samodzielną, czy jeszcze utrzymują cię rodzice? Jakie masz pozawyścigowe zainteresowania? Gdy ostatnio, przed kilkoma laty, z tobą rozmawiałem, uczęszczałaś do liceum przy ul. Siennickiej w Warszawie. Czy praca w stajni i uczestnictwo w wyścigach nie przeszkodziło w jego ukończeniu?

Mam 24 lata. Mieszkam jeszcze z rodzicami, ale mam swój oddzielny pokój, swoją kasę na koncie, do którego nikt mi nie zagląda. Zarabiam w sumie nieźle, szczególnie w sezonie. Pieniądze raczej odkładam na przyszłość, nie szaleję, jeśli chodzi o ciuchy. Bywa, że kupuję jedną nową sukienkę na rok. Motoryzacja nie jest moim „konikiem”. Samochody bardziej pasjonują Daniela. Byłam z nim już kilka razy na zlotach ludzi posiadających i pielęgnujących stare auta. Z nim też oglądam mecze piłkarskie, sama z siebie lubię natomiast oglądać siatkówkę.

Jakoś udało mi się, choć nie bez trudu, pogodzić szkołę z pracą w stajni i wyścigami. Mam już za sobą maturę i dwuletnie zaoczne studia licencjackie na kierunku administracja.

Już myślisz o założeniu rodziny, posiadaniu własnego mieszkania, czy też w najbliższych latach chcesz się całkowicie poświęcić wyścigom?

Chcę jeszcze co najmniej przez kilka lat pracować w stajni ojca i ścigać się na torze, żeby odłożyć pieniądze na wspomniane przez pana dobra.

Na koniec chciałabym serdecznie podziękować wszystkim, którzy we mnie wierzyli. Dziękuję za piękne słowa skierowane do mnie po gonitwie i dziękuję ludziom, którzy wraz ze mną tworzą fascynującą wyścigową historię.

Bardzo dziękuję ci za rozmowę. Jeszcze raz gratuluję przejścia do historii i życzę kolejnych znaczących sukcesów na torze oraz spełnienia również rodzinnych celów i marzeń.

(*) Na Służewcu tytuły dżokeja zdobyły: Ewa Wieleżyńska-Pruska, Janina Piwko, Katarzyna Szymczuk, Grażyna Bartol, Małgorzata Maroszek, Liliya Reznikova i Joanna Wyrzyk. We Wrocławiu: Beata Zawadzka, Anna Stasiak, Joanna Fornal-Laskosz, Małgorzata Kryszyłowicz, Iza Potempa, Beata Zawadzka, Natalia Hendzel.

Powtórka Westminster Derby 2021