O pracy, która jest pasją, goryczy i żalu, po walkę i nadzieję na przyszłość - rozmowa z Anną Stojanowską Polecany

Photo: © Agnieszka Marczak Photo: © Agnieszka Marczak Anna Stojanowska

19 lutego 2016. Jaki to był dzień?

Początek tego dnia nie różnił się niczym od innych dni pracy. Wielokrotnie w ciągu tego roku wracałam do tego dnia i zastanawiałam się czy było cokolwiek, co zwiastowało te wydarzenia. Czy poprzedzające dni, lub poranek mógł sugerować, co ma się wydarzyć. Z perspektywy czasu oceniam, że ten dzień nie różnił się niczym od pozostałych. Dlatego może zareagowałam w tak inny sposób, niż zareagowałabym dzisiaj na taką decyzję.
Jeszcze rano, mój ówczesny przełożony, pan Sutkowski poprosił mnie o przygotowanie takiej mapy drogowej, informacji, co należy zrobić aby przygotować się do aukcji w Janowie Podlaskim i Czempionatu narodowego. Ok godziny 11 zostałam zaproszona do gabinetu dyrektora w którym czekał już na mnie Prezes Agencji, pan Waldemar Humięcki, kadrowa Zofia Mitura, oraz dyrektor Sutkowski. Domyślałam się co może się wydarzyć, ale nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że zostanie to przeprowadzone w takiej formie. Pan Sutkowski powiedział, że żąda dla mnie zwolnienia dyscyplinarnego, ponieważ poważnie naruszyłam przepisy. Złamałam zasady opisane w ustawie o ochronie praw zwierząt odnośnie pobierania zarodków u koni. Zbaraniałam.
Chwilę później zaczęto czytać mi kolejne zarzuty, m.in. zawarcie niekorzystnej umowy na dzierżawę klaczy Wieża Mocy ze Stadniny koni Michałów, dopuszczenie do tego, że pobrano od niej niekontrolowaną ilość zarodków, nieubezpieczenie klaczy Pianissima, której śmierć naraziła Stadninę koni Janów Podlaski na wielomilionowe straty, doprowadzenie do wielozatrudnienia w Stadninie koni Racot.
Ponieważ każdy z elementów zawartych w wypowiedzeniu był dla mnie niejasny, nieczytelny, nie wiedziałam o co chodzi, prezes zapytał mnie czy chcę to jakoś skomentować. Trudno było jakkolwiek odnieść się do stawianych zarzutów, ponieważ żaden przepis w Polsce nie definiuje ilości pobieranych zarodków ani koni, ani świń, ani delfinów…nie wiem zatem który z przepisów został złamany. Poza tym, nie byłam osobą która podpisywała jakiekolwiek dokumenty związane z dzierżawą koni, tylko robił to prezes spółki z której ten koń pochodził. Dzierżawa klaczy Wieża Mocy była podpisana przez Stadninę Koni w Michałowie, klacz pojechała do Stanów Zjednoczonych na dwuletnią dzierżawę, gdzie wg umowy dzierżawca tej klaczy miał możliwość pobrania 4 zarodków które się urodzą tam, w związku z tym będą zarejestrowane w tamtejszej księdze stadnej, wobec tego obowiązują przepisy ustanowione w Stanach Zjednoczonych. Amerykańska księga stadna nie limituje ilości pobieranych zarodków. Nie rozumiem więc, jaki przepis został złamany.

Próba tłumaczenia czegokolwiek nie miała zupełnie znaczenia. Klamka zapadła.

Pan Humięcki i pani Mitura zaproponowali, że jeżeli podpiszemy ugodę i przyznam się do zarzutów postawionych w wypowiedzeniu, oni zamienią tryb wypowiedzenia z dyscyplinarnego na rozwiązanie stosunku pracy bez 3 miesięcznego okresu wypowiedzenia. Zupełnie nie rozumiałam dlaczego mam cokolwiek podpisywać?! Nie wiedziałam o co chodzi! Dlaczego mam się przyznawać do czegoś, czego nie zrobiłam? Poprosiłam o 15 min przerwy, wróciłam, i poprosiłam o dyscyplinarne zwolnienie. Zaczęłam pakować 21 lat pracy, co nie było łatwe, i czekałam na dostarczenie mi finalnego dokumentu wypowiedzenia. W między czasie dowiedziałam się, że kiedy ja o 11 wchodziłam do pokoju mojego przełożonego, pół godziny wcześniej do Stadnin w Janowie Podlaskim i Michałowie wyruszyła delegacja z wypowiedzeniami dla zarządzających stadninami. Przetrzymano mnie do 15. W końcu okazało się, że nie mogą mi dać wypowiedzenia dyscyplinarnego, dostałam rozwiązanie stosunku pracy bez 3 miesięcznego okresu wypowiedzenia, bez obowiązku świadczenia pracy.
W połowie maja otrzymałam informacje o zmianie trybu wypowiedzenia na dyscyplinarny, a powodem zmiany trybu wypowiedzenia były moje rzekome wypowiedzi w mediach oczerniające Agencję i szkalujące jej dobre imię.
Sprawa ma swój finał w sądzie pracy, z mojego powództwa. Nie ma powrotu dla mnie do tej instytucji, natomiast uważam, że zostałam skrzywdzona każdą z form wypowiedzenia oraz zarzutami które mi postawiono. Zarzuty pokazują nieznajomość przepisów oraz brak rozeznania we właściwym skierowaniu rzekomych zarzutów. Nie zostały skierowane do właściwej osoby.

Skończył się pierwszy rozdział. Dla Ciebie, dla polskiej hodowli koni arabskich. Czy jednak z perspektywy czasu jakiś kolejny się otwiera? Czy było w tych decyzjach jednak coś pozytywnego?

Pracowałam w Agencji od 1995r. Nie znam się na polityce, zawsze byłam przekonana, że hodowla jest apolityczna. Obserwowałam zmiany które zachodziły, i myślałam czasem, że przyjdzie taki moment kiedy będę musiała pożegnać się z tą pracą. Jednak te 21 lat pracy nauczyło mnie tego, że wiedza i fachowość zawsze się obronią. Robiąc to co robię, i pracując na tym stanowisku miałam pewność, że robię to co lubię. Praca to dla mnie ogromna przyjemność a nie coś co robić muszę. Dla całej naszej trójki, to nie była tylko praca, a kawałek życia. Sposób w jaki z nami postąpiono jest przykry i bolesny. Niezrozumiały. Tysiąc razy zastanawiałam się w ciągu tego roku i zadawałam sobie pytanie: dlaczego mnie to spotkało? Jakie błędy popełniłam? Co zrobiłam źle? Nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie…ale jakiś czas temu pomyślałam sobie, że chciałabym dożyć takiego dnia kiedy okaże się że wszystko w życiu ma sens, i to co nas spotyka, prędzej czy później wychodzi nam na dobre. Chciałabym w to wierzyć, że mamy wpływ na to co się dzieje w ograniczonym zakresie. Reszta to siła wyższa, przypadek. Wtedy było mi trudno to zrobić, teraz, z perspektywy tych 12 miesięcy zaczynam widzieć światło w tunelu. Miało to sens. Gdyby się to nie stało nie znalazłabym się na takim etapie życia na jakim obecnie jestem. Gdyby mnie nie usunięto z agencji, trwałabym tam dalej. Z różnych względów. Z poczucia obowiązku, z wiary w to, że powinno się trwać do końca na okręcie, z lęku przed nieznanym, wygodnictwa. Dziś już wiem, że istnieje życie poza hodowlą państwową, poza ideałem który sobie wykreowałam przez 20 lat i niewiele miał wspólnego z rzeczywistością.

Jak teraz wygląda Twoja praca?

Założyłam firmę. Z dużymi obawami i ciągłym brakiem wiary w to czy 46-letnia zootechniczka jeszcze na obecnym rynku pracy może coś znaczyć, bo to wiek trudny, zawód nietypowy i bardzo wąska i niewdzięczna specjalizacja. Rynek odpowiedział: mam zlecenia z kraju i zagranicy. Prowadzę doradztwo hodowlane, zajmuję się prowadzeniem dwóch prywatnych stadnin w kraju i dwóch zagranicą. Dużo jeżdżę za granicę na jednorazowe zlecenia, prowadzenie stanówek. Są to klienci z bliskiego wschodu, najwięcej zleceń realizuje się od listopada do marca. W ubiegłym roku wspólnie z moimi kolegami zrobiliśmy Czempionat w Krakowie, który nie jest źródłem dochodu, ale zaznaczeniem bardziej, że jesteśmy w branży i możemy robić to na czym się znamy i potrafimy robić najlepiej. W tym roku rozszerzymy Czempionat o aukcję. Tym bardziej, że do całego wydarzenia włączył się Polturf, co daje nam pewność, że wszystko będzie przeprowadzone na wysokim poziomie.

Środowisko jest bardzo dumne z funkcji jaką pełnisz w ECAHO, oraz z tego, że dokonano tego wyboru na kolejną kadencję. Nie wszyscy jednak wiedzą co to jest za organizacja, oraz jaką pełni rolę. Powiedz proszę o tym kilka słów.

Dla hodowli koni arabskich są dwie najważniejsze organizacje. WAHO – światowa organizacja konia arabskiego i ECAHO – europejska organizacja konia arabskiego . Światowa organizacja skupia się na księgach stadnych. Członkami WAHO są kraje reprezentowane przez księgi stadne. Dziś definicja, czym jest koń czystej krwi arabskiej, jest definicją ustanowioną przez WAHO. Jest to koń czystej krwi arabskiej, wpisanej do księgi stadnej danego kraju, uznanej przez WAHO. ECAHO jest organizacją która powstała 40 lat temu, zrzeszającą kraje reprezentowane przez organizacje które muszą spełnić kluczowy warunek: organizować pokazy w kraju. Członkiem ECAHO reprezentującym Polskę jest Agencja Nieruchomości Rolnych. Z racji pełnionej funkcji byłam wysyłana jako delegat reprezentujący Polskę i polską hodowlę, brałam udział w posiedzeniu poszczególnych komisji. ECAHO ma zarząd składający się z 9 członków, oraz Prezydenta. Zgodnie z konstytucją kadencja zarządu trwa 4 lata, co 4 lata wymieniani są członkowie, wymieniany jest prezydent. Do niedawna było tak, że każdy z członków miał prawo do 2 kolejnych reelekcji, i po dwóch kadencjach musiał odejść. W ubiegłym roku ten zapis został zniesiony i nie ma limitów kadencyjności. 8 lat temu zaproponowano żebym kandydowała do zarządu. Warunkiem kandydowania jest zgłoszenie osoby przez co najmniej 2 kraje. Tak się stało w moim przypadku. Kandydatura została poparta, przegłosowano mnie, weszłam do zarządu. W tym roku upływała druga kadencja mojej bytności w zarządzie. Procedura się powtórzyła, prezydent zapytał się mnie czy zgodzę się kandydować na kolejną reelekcję. Uważałam, że ECAHO nie wyjdzie na tym dobrze, ponieważ Polska mnie nie poprze. Obawiałam się czy tej organizacji nie zaszkodzi nie tyle konflikt, ile niezręczność takiej sytuacji, kiedy mój rodzimy kraj będzie występował przeciwko mnie. W momencie kiedy ogłoszono wybór kandydatów, okazało się że, że poparło mnie 8 państw. Nie wiem w jaki sposób zagłosowała Polska. Tym bardziej, że na dzień przed wyborami, na ręce Prezydenta ECAHO wpłynęło pismo z Agencji wyrażające protest przeciw mojej kandydaturze. Było tam napisane, że Polska mnie nie popiera, nie chce, nie życzy sobie żebym kandydowała do Zarządu. W otrzymanej odpowiedzi zaproponowano Agencji zapoznanie się z konstytucją oraz kluczową informacją, iż nie jestem już reprezentantem polski, nie reprezentuję hodowli polskiej, jestem osobą fizyczną którą można wybrać bądź nie, na zasadzie demokratycznego głosowania. Zanim przystąpiono do głosowania miała miejsce sytuacja która mnie zaskoczyła. Przyjechały 2 osoby delegowane z Polski Pan Tomasz Chalimoniuk i Pan Maciej Grzechnik. Na chwilę przed głosowaniem pan Chalimoniuk poprosił o głos, i powiedział, że polska delegacja popiera moją kandydaturę.
Wprawił mnie w ogromne zdziwienie, ale nie mam złudzeń, i nie sądzę że nagle nastąpiła jakaś zmiana widzenia całej sytuacji. Jak się kogoś nie da zniszczyć, to trzeba go poklepać po plecach i udać że się go popiera.
Po tym wszystkim co się stało, jak przez 12 miesięcy, w moim rodzimym ogródku nie tylko wyrzuca się mnie z pracy, ale usiłuje się mnie nazwać złodziejem, toczy się wokół stadnin arabskich kolejne dochodzenie, ktoś stara się udowodnić nasza nieuczciwość, działanie na szkodę tej hodowli, dzieje się cos takiego. Ludzie mnie poparli, uwierzyli. Przed samym głosowaniem powiedziałam, że nie reprezentuję już hodowli państwowej, nie reprezentuję Agencji, mogę jedynie stanąć jako Anna Stojanowska, i jeżeli to dla Państwa wystarczy, to ja z pokorą przyjmę każdy wynik tego głosowania. Finalnie, na 46 głosujących 45 osób zagłosowało za, 1 osoba się wstrzymała. Jest to dla mnie ogromna satysfakcja, ale również doping i zobowiązanie.

Jakie plany na życie ma młoda dziewczyna która podejmuje decyzje o studiach zootechnicznych? Czy z perspektywy tych lat ta przyszłość rysowała się przed Tobą w sposób jaki sobie założyłaś?

Idąc na zootechnikę byłam typową infantylną dziewczyną zakochaną w koniach, która od lat jeździła konno. Zawsze lubiłam pisać, lubiłam słowa, dlatego myśląc o kierunku studiów celowałam w biologię, dziennikarstwo, chciałam spróbować studiowania kilku fakultetów… skończyło się na zootechnice.
Zawód zootechnika opierał się wtedy na państwowych gospodarstwach. Dość wcześnie poznałam pana Byszewskiego z którym jeździłam po stadninach, który uczył mnie modelu hodowlanego. Jak zaczynałam pracować w Agencji, były jeszcze 33 stadniny, 11 stad ogierów, i 4 zakłady treningowe. Po skończonych studiach marzyłam o tym, żeby pracować w stadninie, hodowla funkcjonowała jako idea, model, wzorzec. Tym bardziej, że przez całe studia jeździłam na praktyki do stadniny koni Golejewko, byłam bardzo z tą stadniną związana. Wtedy na mojej drodze stanęła Pani Iza Zawadzka która namawiała mnie żebym przyszła do pracy w nowo utworzonej Agencji, i żebym spróbowała zająć się końmi arabskimi. Odmówiłam. Przecież moją misją była praca w terenie, chciałam poznać tę sól ziemi… wtedy pani Iza powiedziała… dobrze. Proszę jechać pracować do stadniny, niech to będzie rodzaj stażu, ale po dwóch latach musisz wrócić. Tak się stało. Staż odbywałam w Michałowie, Kurozwękach, Białce, Janowie Podlaskim. Po 2 latach wróciłam, i zaczęłam pracować z Panią Izą w Agencji. Jest to osoba która zmieniła moje życie. Moje życie zawodowe i prywatne. Jest to osoba która zmieniła moje spojrzenie na hodowlę, życie, świat. Miałam w życiu ogromne szczęście, że trafiłam na nią. Na takich ludzi jak pan Byszewski, na pana Jerzego Budnego. Byli to ludzie którzy ukształtowali mój kręgosłup zawodowy, młodej, naiwnej dziewczynie, potrafili pokazać co to znaczy taka moralność zawodowa, co to znaczy poczucie misji. Zdaję sobie sprawę że to brzmi infantylnie że ktoś pracuje dla idei, ale tak było. Dlatego tak trudno mi było przejść do porządku dziennego nad tym co się stało 19 lutego 2016r. To całkiem obaliło mit pracy dla idei, wizji, poświęcenia. Odłożenia na bok życia prywatnego, własnej rodziny, słabości. Najważniejsza jest misja. Każda z tych osób, pani Iza, czy pan Byszewski, poświęcili swoje życie prywatne dla misji zwanej hodowlą koni. Nie stawiali limitu gdzie kończy się praca, a gdzie zaczyna życie prywatne.
Nigdy jednak nie powiem, że był to stracony czas. Był to najlepszy zawodowo okres w moim życiu. Mogłam się realizować, miałam świadomość, że jestem w pracy szanowana. Człowiek jest zbudowany z doświadczeń, doświadczenia kształtują naszą osobowość.

Czy w Twoim planie na życie są marzenia czy cele?

To trudne pytanie…chciałabym wierzyć w to co powiedział Marek Trela po naszym zwolnieniu. Że jeszcze wszystko będzie dobrze. Hodowla przetrwała wojny, zabory, 70 lat komuny, zawirowania, i ten trudny okres który przyszedł, też przetrwa. Za kilka lat, przyjdzie taki moment że będę mogła się obejrzeć i nadejdzie refleksja, że byłam częścią tego wszystkiego.
Chciałabym trochę przemeblować swoje życie. Jak patrzę na rozkład moich zajęć, i to, że na 365 dni miałam 120 dni delegacji, i te 120 dni to czas wyrwany z gardła mojej rodzinie, to jestem przekonana, że nadszedł czas aby móc skoncentrować się na najbliższych. Nie nadrobię tego czasu, ale mogę walczyć o przyszłość. Mam 15-sto letniego syna który ciągle mnie potrzebuje, a jednocześnie jest w takim wieku kiedy zaczyna się z nim rozmawiać jak z partnerem, a nie działać autorytatywnie. Na pewno te relacje tez się zmieniły. Myślę, że przyszedł czas kiedy trzeba przestać pracować dla misji, a zacząć pracować dla siebie.

Czy najpiękniejszy koń na świecie już się urodził?

Nie ma takiego pojęcia jak najpiękniejszy koń na świecie. W moim odczuciu nie ma takiego pojęcia jak koń najdroższy, najwspanialszy, najlepszy. Jest tak jak z ludźmi. Cześć z nich jest w naszej pamięci i zawsze tam będą, część zaznacza swoją obecność i odchodzą.
Dla mnie takim koniem który od zawsze jest w mojej głowie, do którego zawsze będę miała ogromny szacunek jest Kwestura. Przez jakiś czas była najdrożej sprzedanym koniem, ale nie to traktuje o jej fenomenie. Ona jest wielką, końską osobowością. Jest to klacz która w trudnym świecie pokazów musiała zaznaczyć swoją obecność i robiła to zawsze w taki czysty, niekłamany sposób, nie zatracając swojej osobowości. Uwielbiałam na nią patrzeć, potrafiła narzucić swoje reguły gry bez walki, ale w sposób bardzo zdecydowany i taki… kobiecy. Nigdy nie krzyczała: Ja! Ja! Wybierz mnie!
Bardzo lubię tę klacz, i przeżywałam jej odejście z polskiej hodowli. Wiedziałam jednak, że jako matka nie ma już nic więcej do powiedzenia, albo powiedziała już wszystko, co tez uważam, że jest jej prywatną decyzją dlaczego tak robi.

Powiedziałaś, że podczas najbliższego wydarzenia w Krakowie dołączy do Was sprawdzony partner, firma Polturf. Powiedz proszę czy na przestrzeni tych kilkudziesięciu aukcji które organizowaliście wydarzyło się coś nieprzewidzianego?

Współpracując z kimś przez 15 lat, można sprawdzić na ile możemy na siebie liczyć. Nigdy nie ukrywałam, że praca z Basią Mazur przerodziła się w przyjaźń. Na pewno dzięki temu tym bardziej mogłyśmy być pewne że możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji. Pracując przy tak trudnej materii jaką jest aukcja janowska, na tak nieprzewidywalnym rynku jakim jest rynek koni arabskich, przy takim niebezpieczeństwie wpływu czynników zewnętrznych na przebieg tej imprezy, dużo łatwiej się pracuje ze sprawdzoną grupą ludzi która sobie ufa. Kiedy wiemy w jaki sposób ktoś może zareagować. Niemożliwe jest zbudowanie takiej gwarancji zachowań z firmą wybieraną co roku na organizowanie tego eventu.
Zdarzały się różne sytuacje. Był zamach bombowy na Heathrow, zablokowano loty, połowa klientów nie dojechała, ale co ważniejsze, nie dojechał aukcjoner który miał przylecieć w sobotę i w niedzielę prowadzić aukcję. Wydawałoby się, że to sytuacja bez wyjścia. Kolejny nasz znajomy, Scott Benjamin, który kocha polskie konie, uwielbia Polskę, przymuszony, przydeptany butem, ze łzami w oczach mówił, że nie da rady, nie potrafi tego zrobić…przy pomocy Basi i mojej poprowadził tę aukcję. Aukcja była wygrana szczerością. Wyszedł do gości i powiedział: przepraszam, nie wiem jak to się robi, pomóżcie Państwo, ubierzcie się w tolerancję, wytrwałość, razem nam się uda. To był sukces! Mobilizacja jaka wtedy nastąpiła była możliwa tylko wśród ludzi którzy mają do siebie zaufanie i mogą w pełni na sobie polegać.
Była sytuacja kiedy przyszła burza, w trakcie piątkowego wieczornego pokazu zawaliła nam wszystkie namioty, odcięła prąd. Ludzie siedzieli w hali z minimalnym światłem z agregatu, a na zewnątrz biegały luzem przerażone konie ze stajni namiotowych, które złożyły się jak pudełka z kart. Wtedy Marek Trela podjął decyzję żeby otworzyć wszystkie wejścia do hali, wpuściliśmy wszystkie biegające konie na jej środek. Goście, wystawcy, obsługa, łapali te konie…wszyscy potrafili się zebrać i pracować jak dobrze naoliwiony mechanizm rozumiejący się bez słów.
Ciężko mi zatem tłumaczyć każdemu dlaczego współpraca z Polturfem przez tyle lat? Dlatego, że się to sprawdzało, wspólnie budowaliśmy doświadczenie.

Jak będzie w tym roku?

Nie wiem… nie wiem jak będzie. Czy zostaną wyciągnięte wnioski z przykrych, zeszłorocznych doświadczeń? Technicznie, jest to proces do wykonania, i jestem przekonana, że to się może udać. Mam jednak wątpliwości czy w całym anturażu aukcyjnym nie zatracimy czegoś najważniejszego. Przyroda nie lubi próżni. Luka która powstała po wydarzeniach z ubiegłego roku natychmiast została zapełniona przez inne kraje. Została zorganizowana aukcja w Belgii, była aukcja niemiecka. Boję się że przy takich mechanizmach i nieudanych wydarzeniach, inne aukcje wyprą nas z rynku. Do tej pory, tak dużych eventów było niewiele. Ludzie się bali tego przedsięwzięcia, lepiej sprzedawały się konie na drodze indywidualnych negocjacji, niż podczas dużej imprezy, gdzie trzeba najpierw wydać pieniądze na zorganizowanie aukcji i czekać na zwrot środków z poczynionych zakupów. Aukcja janowska była jedyną taką imprezą na świecie która spełniała wszelkie kryteria. Poza tym, że trwała nieprzerwanie przez 50 lat, przynosiła zyski, funkcjonowała świetnie. Co roku jednak, było to wydarzenie w pełni wypromowane. Jak Coca Cola. Wszyscy znają tę markę. Ale nie bez kozery jest to firma z ogromnym budżetem reklamowym. I zawsze, jedną z pierwszych reklam przedświątecznych jest właśnie reklama Coca Coli…właśnie dlatego, żeby wszystkich utwierdzić w przekonaniu, że są w dalszym ciągu mocną marką na rynku, żeby ludzie nie zapomnieli, żeby nikt nie znalazł pustego miejsca i luki w którą mógłby wejść.
Problem jest w tym, że mamy już połowę marca, a ja nie wiem czy poza najbliżej zainteresowanymi ktokolwiek słyszał, i wie kiedy tegoroczna aukcja się odbędzie. Kto będzie organizatorem, jaka będzie lista koni? Do tej pory, pierwsze informacje szły w eter w grudniu roku poprzedzającego. Było przygotowane zaproszenie, i wstępna informacja o wystawionych koniach. W tej chwili nie ma nawet sprecyzowanego terminu wydarzenia.
Polski koń arabski jest marką i ma określoną jakość. Ale to nie znaczy że powinniśmy przestać o tym mówić. Jest to wąska grupa klientów, o tej samej zasobności. Ten rynek się nie rozrasta. Trzeba wiele pracy aby do nich dotrzeć, dotrzeć indywidualnie. I zadbać o to, żeby wybrali aukcję w Polsce, a nie w Brazylii czy Australii.

Czy możliwe jest aby hodowla państwowa i prywatna były po jednej stronie barykady? Mówiły jednym głosem?

Nie jest to możliwe. Z uwagi na różne cele tych jednostek. Celem hodowli państwowej jest utrzymanie puli genetycznej, państwo musi ochronić hodowlę, klacze matki muszą w tej hodowli zostać. W hodowli prywatnej, jest to niemożliwe. Rządzą się nią normalne prawa ekonomiczne. Nikt nie będzie utrzymywał stadniny, w momencie kiedy nie ma za co utrzymać rodziny. Zawsze celem hodowli prywatnej było i jest zamknięcie bilansu na zero. Nie ma tu sentymentów. Każdy koń w stadninie prywatnej jest na sprzedaż.

Jakie jest Twoje zdanie na temat wyścigów konnych i prób dzielności którym poddawane są konie czystej krwi arabskiej?

Wyścigi konne mają ogromny wpływ na to jak postrzegane są polskie konie. Mają ogromny wpływ na ich wartość. Ścieżka na którą wskoczyła hodowla w liniach egipskich jest bardzo niebezpieczna, ponieważ kompletnie zatracili użytkowość konia arabskiego. Są to konie bardzo urodziwe, które dzisiaj są sprowadzone do roli psów wystawowych. Te konie nie potrafią galopować, poruszają się z trudem, są małe, wątłe, krzywe, ze ślicznymi główkami.
Dzięki wyścigom i dzięki programowi hodowlanemu opartemu na próbie selekcyjnej jak wyścigi, polskie konie zachowały status quo. Możemy zaobserwować wielką różnicę między końmi które nie były poddane próbie selekcyjnej, a tymi które były w treningu wyścigowym choćby jeden sezon. Dla ogierów jest to bardzo ważne, próba wyścigowa ma ogromny wpływ na ich rozwój, na to w jaki sposób dojrzewają. Psychicznie i fizycznie. Mężnieją bardzo. Po takim sezonie, do stadniny wracają zupełnie inne konie. Dorosłe, ukształtowane. Konie które zostają w stadninach, nie mają możliwości uczestniczenia w treningach, bardzo na tym tracą. Są jakby o numer mniejsze. Niedojrzałe.
Nie jestem znawca wyścigów konnych, chociaż zawsze w zaciekawieniem je obserwuję. Bardzo podoba mi się inicjatywa szejka Sułtana w zakresie pomocy finansowania wyścigów koni bez linii francuskiej, dla koni które mają utrzymać status araba jako araba. Bo cokolwiek byśmy nie powiedzieli o koniach biorących wdział w gonitwach HARC zawsze pozostaje to koń arabski. Bez trudu rozpoznawalny, niezatracający cech rasowych. Tak, próba dzielności jest konieczna, ale z zachowaniem cech rasowych.

Opowiedz jeszcze proszę o pokazach które sędziujesz.

W przyszłym roku minie 20 lat od kiedy oceniam i sędziuje pokazy arabskie. W ciągu roku oglądam tysiące koni. Nie setki. Tysiące. Wiele razy zadawano mi pytanie czy kiedykolwiek mi się to znudzi. I naprawdę bywa tak, że jak sędziuję pokaz podczas którego oceniam 100 koni w ciągu dnia, jestem już bardzo zmęczona, taki wysiłek przytępia już zmysły, trudno jest się skoncentrować. Ciągle jest też jednak tak, że jak wychodzę na plac i czekam na kolejną klasę która się zacznie, mam przyspieszone bicie serca. Miesiąc temu sędziowałam pokaz w Abu Zabi, gdzie było 400 koni. Byliśmy naprawdę bardzo zmęczeni, koni było bardzo dużo, dużo klas, upał…ale wieczorem przyszedł czas na czempionat, wyszły klacze… i… stara baba po 20 latach sędziowania, popatrzyłam na nie, i rozryczałam się jak mała dziewczynka. Pomyślałam wtedy: człowiek nie jest w stanie wykreować nic piękniejszego! Ci wszyscy hodowcy powinni się poczuć jak stwórcy doskonałości, którzy dokonali dzieła absolutnego. Stworzyli absolut. Wyszło 8 klaczy z których 5 było polskich. Były nieskazitelne. To był ideał. Zamknięty w jednym kawałku ideał. Ludzie tworzą wiele dzieł sztuki. Zachwycają się muzyką, obrazami, rzeźbą. Ja wierzę, że w hodowli też jest jakaś nuta artyzmu. Mam ogromny szacunek do hodowców, którym udało się taki artyzm wykreować.
Po tylu latach, jestem w stanie się rozszlochać rzewnymi łzami na środku placu, patrząc na absolutnie skończone piękno.

Czy jest coś, co z perspektywy czasu zmieniłabyś w swoim życiu?

Nie. Niczego nie żałuję. Niczego nie chciałabym zmienić. Miałam przecież ogromną szansę, co jest wielkim przywilejem, pracować w zawodzie który kochałam, który kocham. Oprócz kwestii zawodowych, dzięki tej profesji, spotkałam na swojej drodze tak dużo niebywałych ludzi, to we mnie zostanie. To jest mój majątek osobisty. Jest to nie do przecenienia wartość dodana. Kontakt z takimi ludźmi, czy wspaniałymi zwierzętami, absolutnie wzbogaca. Wszyscy ci ludzie których poznałam dzięki koniom, jest to dla mnie wartość nie do przecenienia.

Dziękuję za rozmowę.