Można przegrać lub wygrać, ale nie można, do cholery, rezygnować – rozmowa z Maciejem Kacprzykiem Polecany

Andrzej Walicki, najbardziej utytułowany polski trener koni wyścigowych, po niemalże 50-letniej zawodowej aktywności zamierza zawiesić rękawice na kołku. Rozmawiamy z jego asystentem i następcą, Maciejem Kacprzykiem.

Photo: © Zuzanna Zajbt/Zuzanna Zajbt Fotografia Photo: © Zuzanna Zajbt/Zuzanna Zajbt Fotografia Trener Maciej Kacprzyk

Maciek, masz 7 lat i po raz pierwszy siedzisz na koniu…

Maciej Kacprzyk: Na koniu na pewno pierwszy raz siedziałem dużo wcześniej. Ale jak skończyłem siedem lat i poszedłem do szkoły to mój tata, zgodnie ze wcześniejszymi obietnicami wziął mnie za rękę i zaprowadził do szkółki jeździeckiej w Łazienkach. I tak już zostało. Potem były treningi skokowe w klubie Hubert nad Jeziorkiem Czerniakowskim, a z czasem, również po namowach taty, zacząłem swoją przygodę ze sportowymi rajdami konnymi.

W rajdach długodystansowych osiągnąłeś wszystko co można było osiągnąć. Opowiedz coś więcej o tym.

Od 2002 r. do 2014 r. z sukcesami startowałem w sportowych rajdach długodystansowych. Byłem Mistrzem Polski, członkiem kadry narodowej, szefem ekipy na Mistrzostwach Świata i Europy, byłem członkiem Komisji Rajdów Polskiego Związku Jeździeckiego. Rajdy były całym moim życiem. Wszystkiego nie osiągnąłem, bo zawsze marzyłem o udanym starcie na Mistrzostwach Świata albo Europy. Tego nie udało się zrealizować.

Czego zabrakło?

Budżetu. W Polsce rajdy to sport amatorski, nie da się z nich żyć. Również to miało wpływ na moją decyzję o porzuceniu rajdów na rzecz wyścigów.

Zrezygnowałeś z rajdów i skupiłeś się na koniach wyścigowych. To trudne zajęcie, bardziej sposób na życie niż praca.

Jestem z Warszawy, na wyścigach bywałem jako widz odkąd pamiętam. Mój tata, który jak już wiesz zaraził mnie miłością do koni, dbał o „humanistyczny” rozwój mojej pasji jeździeckiej. Bywaliśmy na wszelkiego rodzaju pokazach konnych, zawodach w każdej dyscyplinie hippicznej i oczywiście wyścigach konnych. Derby czy Wielka Warszawska były dla mnie corocznym, obowiązkowym, rodzinnym wyjściem. Później interesowałem się wyścigami przede wszystkim koni arabskich, ponieważ tam szukałem koni, które po karierze wyścigowej mogły by trafić do rajdów. Zresztą pracę magisterską pisałem na temat wpływu i zależności pomiędzy karierą wyścigową na torze a wynikami koni arabskich w sportowych rajdach konnych.

„Po drodze” podjąłeś studia na SGGW - co miało wpływ na wybór kierunku?

Uprawiając rajdy, ma się dużo do czynienia z lekarzami weterynarii. Takim moim lekarskim mentorem był dr Janusz Okoński, który mnie inspirował i wiele nauczył. Kończąc liceum, porzuciłem plany studiowania prawa i podjąłem decyzję o zdaniu egzaminu na weterynarię. Nie udało się, ale znalazło się dla mnie miejsce na zootechnice, gdzie pod swoje skrzydła wziął mnie dr Jacek Łojek. To był świetny wybór. Szybko zapomniałem o leczeniu koni. Chciałem kontynuować swoją karierę jako jeździec. Jeszcze w czasie studiów stwierdziłem, że w przyszłości mógłbym spróbować sił jako trener koni wyścigowych. Uprawiając rajdy, bardzo interesowałem się fizjologią wysiłku oraz żywieniem i czułem, że tę wiedzę mógłbym wykorzystywać, trenując konie wyścigowe. Dlatego w 2010 roku poszedłem na kurs dla trenerów organizowany przez Polski Klub Wyścigów Konnych. Bardzo miło wspominam te zajęcia, miałem duże braki w wiedzy, ale szybko je uzupełniałem. Kurs uświadomił mi, że to jest to, czym bym chciał zająć się w przyszłości. Zdałem egzamin, który odbył się bezpośrednio po kursie, i zdobyłem „uprawnienia do trenowania koni galopem”.

Walicki, Andrzej Walicki, najbardziej utytułowany polski trener koni wyścigowych. Dlaczego on i jak do niego trafiłeś?

W tym samym roku, w którym zdałem egzamin, za namową dra Łojka, rozpocząłem staż trenerski u trenera Andrzeja Walickiego, który kontynuowałem do lipca 2011 roku. To był pomysł dra Łojka i muszę przyznać, że dobrze to wymyślił…. Potem odbyłem jeszcze trzymiesięczny staż u pani trener Małgorzaty Łojek. Przygodę z wyścigami zawiesiłem, bo dalej startowałem w rajdach konnych. Szukając nowych doświadczeń, wyjechałem do pracy w stajni rajdowej we Francji, a potem pracowałem w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Francja i Emiraty – czym dokładnie się tam zajmowałeś i jakie doświadczenia tam zdobyte możesz wykorzystać w pracy trenera?

Do Francji wyjechałem pracować dla Allana Leona, trenera i zawodnika pracującego m.in. dla kadry narodowej Bahrajnu. To była fantastyczna przygoda, mogłem zobaczyć jak zorganizowana jest profesjonalna i nowoczesna stajnia. Na każde moje pytanie, dlaczego coś jest robione tak, a nie inaczej, Allan udzielał mi wyczerpujących uzasadnień. Dzięki temu wyjazdowi zdobyłem też wiele cennego doświadczenia dotyczącego nie tylko treningu, żywienia i pielęgnacji, ale także podróżowania z końmi.

Prosto z Francji, z bogatszym CV, pojechałem do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Pracowałem dla rodziny Al Awda, przygotowując ich konie do rajdów. W związku z tym, że zajmowali się oni także hodowlą koni czystej krwi arabskiej do wyścigów, mogłem dobrze przyjrzeć się również wyścigom w Emiratach. Poznałem tamtejsze tory, trenerów, właścicieli. Oprócz doświadczenia z tamtego wyjazdu wyniosłem wiele cennych kontaktów.

Wracasz z zagranicy i co dalej?

Cały czas odwiedzałem stajnię trenera Walickiego, który w 2014 roku zaproponował mi pracę w charakterze aspiranta. Miałem uczyć się od niego i przygotowywać do samodzielnej pracy jako trener. Było to dla mnie spełnienie marzeń, nie mogłem wymarzyć sobie lepszego przygotowania do zawodu i wstępu do kariery.

W tym roku nadchodzi kolejny etap. Trener Walicki zamyka swoją firmę i przekazuje mi w pełni obowiązki organizacyjne, ale zostaje jako trener i będzie mnie codziennie wspierał w pracy treningowej. Myślę, że to idealny plan. Wierzę, że połączenie mojej energii z doświadczeniem, które posiada trener Walicki, przyniesie bardzo dobre efekty. Jest to też ważne dla właścicieli, którzy będą mieli gwarancję nadzoru utytułowanego trenera nad treningiem ich koni.

Wyścigi konne w Polsce przeżywają regres, szczególnie nieciekawie wygląda sytuacja ekonomiczna trenerów posiadających swoje stajnie na Służewcu. Nie boisz się tego?

Bardzo chciałbym być świadkiem rozwoju polskich wyścigów. Zdaję sobie sprawę, że wiąże swoją przyszłość z czymś co się raczej w tym momencie zwija, a nie rozwija. Chcę jednak być współuczestnikiem i współtwórcą zmiany tej tendencji. W zasadzie dziś tylko prawdziwi zapaleńcy decydują się na oddanie koni do treningu wyścigowego. Trudno przekonać zamożnych ludzi do wejścia w wyścigi, oferując im tę… biedę. Dotyczy to też komfortu oglądania wyścigów. Właściciele koni tak naprawdę sponsorują tę zabawę i oni powinni być najważniejsi. Pani Małgorzata Łojek powiedziała mi kiedyś bardzo ważne zdanie: "Wyścigi konne to biznes rozrywkowy". Do tego jest to rodzaj ekskluzywnej rozrywki, która musi mieć prestiżowe opakowanie.

Jeśli będziemy mieli atrakcyjny produkt, w moim wypadku będzie to oferta treningu koni wyścigowych, to dopiero będzie można go dobrze sprzedać. A razem z właścicielami, którzy będą chcieli wydać swoje pieniądze na konie i ponosić koszty profesjonalnego treningu, można marzyć o sukcesach nie tylko w Polsce, ale też za granicą. Świetnym przykładem jest Va Bank, z którym miałem przyjemność być na mitingu w Baden-Baden. Europa jest przed nami o lata świetlne, ale zawsze powtarzam, że kilometr na każdym torze ma niezmiennie 1000 m. Czy to na Służewcu, czy na Longchamp.

Obecny stan zaplecza treningowego na Służewcu w Warszawie to obraz post-pegeerowski, oddalony od europejskiego standardu, jak określiłeś, o lata świetlne. Czy na pewno w takich warunkach chcesz rozpocząć swoją karierę trenera?

Z punktu widzenia trenera najważniejszym problemem jest infrastruktura. Służewieckie stajnie błagają o remont. Nie czekając na inwestycje Totalizatora Sportowego na Służewcu, chciałbym własnym siłami, krok po kroku, polepszać infrastrukturę stajni. Razem z trenerem Walickim chcielibyśmy wybudować zadaszoną maszynę treningową. Planujemy także mniejsze inwestycje typu: waga dla koni, myjki z ciepła wodą oraz solarium, które podniosą poziom warunków do treningu. Dlatego, obok rozwoju gry i podniesienia puli nagród, poprawę infrastruktury uważam za kluczowy element rozwoju wyścigów w Polsce.

Co według Ciebie jest ważne w prowadzeniu stajni wyścigowej, co jest kluczem do sukcesu?

Uważam, że wyścigowy koń powinien być maksymalnie zadbany i w stu procentach zdrowy. Dopiero wówczas może pokazać pełnię swoich możliwości. Dlatego bardzo cenię sobie współpracę z doktorem Janem Trelą, który będzie opiekował się zdrowiem koni w naszej stajni. Od zawsze pasjonowałem się żywieniem koni, dlatego bardzo dużą wagę przywiązuję do tego tematu. Chcę to robić w nowoczesny sposób, bo trendy żywieniowe koni, także wyścigowych, pod wpływem badań naukowych, bardzo zmieniają się w ostatnich latach. Chciałbym, żeby każdy koń w naszej stajni dostał od nas szansę na wygraną na miarę swoich możliwości, od IV grupy do Derby.

Świat wyścigów konnych to świat ludzi z ambicjami i marzeniami. Jest rok 2027, siedzisz wygodnie w fotelu i konstatujesz rzeczywistość. Patrzysz przez okno, co widzisz? Jakie są Twoje marzenia?

Osobiście bardzo cenię sobie porządek i elegancję. Marzę o tym, żeby za kilka lat moi jeźdźcy wyjechali na tor na pięknych, lśniących koniach, w ładnym, czystym sprzęcie, zadowoleni i dumni z tego, co robią. Tak, to jest moje marzenie, żeby ten Służewiec, także od kuchni, wyładniał.

Chciałbym też, żeby właściciele koni, które trenuję, mi ufali. Wierzyli w moje decyzje, propozycje i pomysły. Wierzę, że zaufanie z ich strony i moja ciężka praca to recepta na sukces. No i chcę wygrywać najwięcej, ile się da, uwielbiam rywalizować, nie lubię przegrywać.

Mentor. Powiedz mi, kogo, oczywiście poza trenerem Walickim podziwiasz jako trenera? Nie musisz ograniczać się do Polski.

Numer jeden to oczywiście trener Walicki. Bardzo sobie cenię również znajomość z trenerem Janikowskim. To dwie zupełnie różne osobowości, są trochę jak ogień i woda. Cieszę się, że mogłem poznać bliżej ich obu.

Jeśli miałbyś możliwość wybrać sobie jednego konia do treningu, jednego konia obecnie biegającego na świecie, który to byłby i dlaczego?

Chyba nie chciałbym porywać żadnej z gwiazd światowych wyścigów. Poczekam na te, które rozbłysną u mnie. Ale jeśli mogę wybierać, to liczę na to, że będę mógł dalej pracować z Emperorem Ajezzem. Uwielbiam tego konia, znam go dobrze, jeżdżę na nim codziennie. To mój taki koński przyjaciel. Jest wyjątkowo inteligentny i waleczny, cenię go za to ogromnie.

Przypuśćmy, że właśnie wróciłem z aukcji, na której zakupiłem konia wyścigowego i szukam dla niego trenera. Dlaczego miałbym oddać go do treningu właśnie do Ciebie?

Bo jestem ambitny i pełen wiary, że dzięki mojej wiedzy i doświadczeniu, odniesiemy razem sukces. Jeżeli masz ambitne i trochę szalone plany, marzysz o tym, żeby zimą zabrać swoje konie na karnawał wyścigowy w Dubaju, to zapraszam do współpracy.

Jedno zdanie – twoje motto, filozofia życiowa, myśl przewodnia…

Zacytuję ci Marka Hłasko: „Można przegrać lub wygrać, ale nie można, do cholery, rezygnować".

Maciek, życzę wytrwałości, sukcesów, i dziękuję za rozmowę.

Maciej Kacprzyk